Rozmowa z Łukaszem Stecem

- Swoją książkę zatytułowałeś "Bimber" - skąd ten tytuł, skoro o alkoholu piszesz niewiele?

- Bimber w mojej rodzinie ma chlubne i długie tradycje. Zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej, moja babcia jeździła do Warszawy, by sprzedawać ten szlachetny trunek całemu narodowi. Bo w końcu to cały naród odbudowywał swoją stolicę... Mój dalszy krewny - góral, w kwestii bimbru jest specjalistą światowej klasy - potrafi rozróżnić, którego sąsiada kartofle zostały przeznaczone na ten szczytny cel. Jest jeszcze pies. To urocze stworzenie nie jest, co prawda, moim krewnym, ale należy do mojej cioci, i wabi sie właśnie Bimber. W sprawę bimbru byłem więc uwikłany od najmłodszych lat.

- A nie przeszkadza Ci, że krytycy recenzje Twojej książki zaczynają właśnie od motywów alkoholowych i porównań do Pilcha?

- Jerzego Pilcha chciałbym serdecznie pozdrowić. Niestety moja wiedza na temat przeróżych trunków jest w porównaniu z jego wiedzą czymś niezwykle marnym. Ostatnio dokształcam się jednak poprzez pilną lekturę Jerofiejewa.

- Hasło "pokolenie bimbru", które pojawia się w Twojej książce, to jakaś socjologiczna analiza czy zgrywa i ironia?

- Zgrywa i ironia. Proszę zwrócić uwagę, że ten pokoleniowy monolog zostaje wypowiedziany w chwili, kiedy bohater jest bombardowany przez endorfiny, gdyż właśnie się zakochał. A do tego z obiektem swojej miłości wypił kilka piw. W takim
momencie nie mógł powiedzieć niczego rozsądnego. Sytuacja ta nawiązuje do narodowego entuzjazmu towarzyszącego powstaniu rzekomego pokolenia JP2, które zostało wymyślone właśnie na tle emocjonalnym, a nie naukowym. Autor chce w ten sposób pokazać, że na pokoloniowe etykiety dla dwudziestokilkulatków jest jeszcze za wcześnie.

Rozmawiał: Tomasz Kalbarczyk