Recenzja Jarosława Czechowicza z krytycznymokiem.blogspot.com
Niepozorna książeczka, kiedyś tam napisana i kiedyś
wydana. Jakiś taki dziwaczny, nieprzekonujący tytuł. I nieznane
nazwisko. A co w środku? Wysokoenergetyczna uczta czytelnicza, z dużą
dozą groteski, autoironii, surrealizmu i publicystycznego tonu,
bynajmniej nie mentorskiego, bo wyrażanego przez młodego autora
(rocznik 1982) i w imieniu młodego pokolenia. Okazuje się, że nie tylko
nieżyjący Mirosław Nahacz w swoim „Osiem cztery” stworzył przekonujący
manifest pokoleniowy dzisiejszych dwudziestoparolatków. Oto bowiem Stec
przemówi do nas w imieniu tych, dla których doświadczenia historyczne
Polaków, o jakich do dzisiaj dużo się mówi, są po prostu obce. I
chociaż autor w większości opowiadań tworzy historie oparte na jego
własnym „ja”, które stoi niejako obok opisywanych zdarzeń, tytułowe
opowiadanie ze zbioru wyraźnie wskaże zbiorowego nadawcę tej książki:
„Jesteśmy pokoleniem Bimbru, prawie wszyscy urodzeni w czasie stanu
wojennego, w czasie reglamentacji tego, co tak przecież ważne, w czasie
braku wódki, dokładniej mówiąc, w czasie gdy połowa Polaków pędziła
bimber”.
Niezły literacki bimber stworzył Stec na kartach swoich opowiadań.
Przejedziemy się na gapę z autorem i będziemy świadkami tego, jak w
środku komunikacji miejskiej rodzi się metafizyczny początek znajomości
z tajemniczą dziewczyną. Wybierzemy się na mecz z osiedlowymi
wielbicielami browaru i wina marki wino. Będziemy uczestniczyć w
surrealistycznej wędrówce po stolicy, podczas której spotkamy ducha
Boba Marleya i Woody’ego Allena. Dowiemy się, do czego mogą doprowadzić
konfabulacje snute podczas spotkania ze studentami psychologii, jakie
ryzyko niesie wykupienie tzw. mieszkania lokatorskiego oraz co zrobić,
kiedy o poranku przez okno akademickiego pokoju wchodzą demonstrujący
górnicy, a koledzy posądzają bohatera o spisek gejowsko – żydowski.
Igra z nami Stec na całego. Zaskakuje każdą kolejną stroną każdego
kolejnego tekstu. Nie wierzymy całemu temu dziwacznemu bajaniu, a
jednocześnie poddajemy się mu z rozkoszą. Ustawicznie zadajemy sobie
pytanie o granice autorskiej wyobraźni i o to, dokąd te dziwaczne
teksty nas zawiodą.
Śmiech i łzy znajdują się w tekstach Steca bardzo blisko siebie. Jedno
z opowiadań, jawna i fascynująca trawestacja „Ferdydurke”, opisuje
rzeczywistość upiornego gimnazjum, w jakim znajdzie się bohater
dramatycznie upupiony przez pewną starszą panią w barze mlecznym. Kiedy
przestajemy się uśmiechać, otrzymujemy zaraz obraz dramatycznej i
pełnej emocjonalnych pęknięć historii rodzinnej, której tragiczny finał
przygnębia i manipuluje naszymi emocjami. Jest więc autor i
demaskatorem, i dramaturgiem po części, jest współczesnym Dylem
Sowizdrzałem, przechadzającym się katowickimi ulicami i jest poważnym,
skupionym na przykrej sytuacji polskiego inteligenta krytykiem ładu, w
jaki trudno jest mu ingerować. Stec stoi jakby obok swoich opowiadań i
jest jednocześnie w ich silnym nurcie. Jest z boku, a tym samym mocno
wewnątrz. Przewrotnie i umiejętnie pisze o świecie widzianym oczyma
tych, którzy nieśmiało wkraczają w pełną absurdów dorosłość.
Wróćmy do tytułowego opowiadania. Mamy w nim charakterologiczny i
sytuacyjny bimber, pomieszanie z poplątaniem, niestałość i brak
poczucia własnej wartości. Autor opowiada o swoich rówieśnikach i o
ukraińskiej pomarańczowej rewolucji (okładka książki, co znamienne,
także jest pomarańczowa), która stała się dla nich cudzym, ale bardzo
żywym i silnie przeżywanym doświadczeniem pokoleniowym. „Bo wiesz,
myśmy to wszystko przegapili, wiesz, „Solidarność”, walka z reżimem, to
wszystko nas ominęło, i wiesz, tak wiele straciliśmy, ale teraz jest
szansa!”. To, co zmienia Ukrainę, zmienia jednocześnie świadomość
bohaterów. Świadomość, w której za chwilę boleśnie zapisze się śmierć
papieża – Polaka… Stec opowiada o nich wszystkich bezpretensjonalnie i
prawdziwie. Stawia pytania i nie odpowiada na nie. Śmieje się i puka w
czoło – swoje i czytelników. Robi to inteligentnie i dowcipnie. Tworzy
pokoleniowy zapis emocji i nastrojów, o jakich czasami trudno jest
mówić.
Z czego powstał bimber Steca? Z niesmacznych czasem składników, jakie
autor znalazł w akademiku, na ulicy i w gazetach. Przyrządził jednak
coś wyśmienitego. Aż chce się oblizać i ponarzekać, że to tylko
dziesięć opowiadań…
Recenzja Magdaleny
Boczkowskiej z ArtPapier.com
Tytuł zbioru opowiadań Łukasza Steca nasuwa
skojarzenie z prozą – nazwijmy ją – alkoholową. Wystarczy wspomnieć
chociażby „Pod Mocnym Aniołem” Jerzego Pilcha czy „Tequilę” Krzysztofa
Vargi. I alkohol musi być obecny w tej książce także z tego powodu, iż
bohaterami są głównie studenci, a akcja większości tekstów rozgrywa się
w akademikach. A wiadomo przecież, jaka opinia o akademickim życiu
powszechnie panuje.
Debiut Steca to zbiór dziesięciu opowiadań, które można by podzielić na
dwie grupy. Połowę z nich stanowią fantasmagorie narratora,
surrealistyczne, fantastyczne wizje. Do tej grupy zaliczyć można
chociażby „Biskupin calling”, „Bal psychologa”, „Akademię”, „Butelki z
benzyną (i kamienie)”, „Lokatora” czy, opisujący sen bohatera w
autobusie, tekst „Pasażerka” (który wywołuje mocne skojarzenie z
„Pokocham ją siłą woli” z tomu „Się” Stachury). Pojawia się w nich
chociażby (zmarły w 1981) Bob Marley, który przybył z Jamajki i umówił
z bohaterem w Warszawie, by napisać swoją nową piosenkę, zatytułowaną
„Biskupin calling”. Mamy również niewidzialnego lokatora, którego
„nabywa się” wraz z nowym mieszkaniem i który z owego mieszkania nie
chce się wyprowadzić. A w filmie zatytułowanym „Siwczyk” (sic!) główną
rolę zagrał... Rafał Wojaczek.
Te tworzone przez autora światy au rebours mają jednak swoją
rzeczywistą topografię. Dlatego można powiedzieć, że jednym z głównych
bohaterów pomieszczonych w „Bimbrze” tekstów jest miasto, w tym
przypadku Katowice. Aczkolwiek dla czytelników, którzy nigdy w stolicy
Górnego Śląska nie byli, przywołane nazwy, ulice, czy osoby nic zapewne
nie znaczą, pozostali – w jakiś sposób z Katowicami związani – łatwo
odnajdą trasy, które zapewne sami nieraz przemierzają. Stec ma
plastyczną wyobraźnię i w dokładny, barwny sposób potrafi opisać takie
miejsca, jak na przykład osiedle akademickie w Katowicach-Ligocie.
Zabiera czytelników na „spacer” po Katowicach, do Jazz Clubu „Hipnoza”,
mijając po drodze pomniki Korfantego i Piłsudskiego, a także niezbyt
ciekawy budynek Wydziału Filologicznego. Spośród charakterystycznych
dla miasta „punktów” rozpoznajemy również między innymi klub studencki
„Za Szybą”, Empik, Wydział Nauk Społecznych czy Rynek, który rynkiem
być nie powinien, oraz Plac Wolności, który powinien być rynkiem, a
jest placem. Ba, możemy również poznać znaną skądinąd „skarłowaciałą
staruszkę” – żebraczkę, zaczepiającą ludzi na katowickich ulicach.
Katowice w tej prozie są z jednej strony szare i brudne (takie są w
istocie), ale z drugiej strony – swojskie i przyjazne dla
bohaterów-studentów. Umieszczenie akcji tych mocno fantastycznych
opowieści w dających się zweryfikować realiach wywołuje efekt
balansowania na granicy jawy i snu, czy też może raczej wypadałoby
powiedzieć – na granicy trzeźwości i alkoholowych wizji. Może warto by
jednak zastanowić się, na ile historie te są po prostu fantastyczne, a
na ile pokazują tylko paradoksy naszej, coraz to bardziej absurdalnej,
rzeczywistości? Strajkujący górnicy to dość powszechny obrazek, a że w
opowiadaniu urządzili manifestację w akademikach i wtargnęli przez okno
do pokoju bohatera? Cóż, wszak nieśli transparent z napisem „won,
burżujscy studenci”...
Drugą grupę stanowią natomiast opowiadania, by tak rzec, realistyczne,
mocno zaangażowane w otaczającą rzeczywistość. Moim zdaniem lepsze od
pierwszych. Taką historią jest między innymi przejmująca „Rodzinada”,
której tytuł jest zapewne ironiczną aluzją do nazwy teleturnieju
„Familiada”. Jest to wstrząsające opowiadanie o chłopcu z tak zwanego
„dobrego domu”, niestety dobrego tylko na pokaz. Chłopak popełnia w
końcu samobójstwo. Stec potrafi umiejętnie wczuć się w sytuację
bohatera, którego rodzice nieustannie „oceniali. Wzrokiem, mową i
zaniechaniem”. W podobnym tonie utrzymane są jeszcze takie opowiadania
jak „Psycholfan”, w którym narrator, wraz z grupą zapalonych
kibiców-szalikowców, przez przypadek trafia na mecz GKS-u z Legią
Warszawa; czy, bodaj najzabawniejszy ze wszystkich pomieszczonych w
tomie tekstów, „Aktor”, którego bohater – właśnie tytułowy aktor –
zmęczony/znudzony (?) sławą i grą w popularnym serialu, napada na
kobiety. Jednej z nich udaje się ściągnąć mu kominiarkę i gdy
przekonuje się, że zaatakował ją znany gwiazdor, chce by ją zgwałcił.
Ale on już nie ma ochoty, więc zaczyna się szalony pościg potencjalnej
ofiary za potencjalnym oprawcą...
Na tym tle – moim zdaniem – najlepiej wypada opowiadanie tytułowe,
najdłuższe w całym zbiorze. Główny bohater i narrator zarazem, tak jak
i w pozostałych tekstach, jest studentem Uniwersytetu Śląskiego. Jak
każdy student, większość czasu poświęca na imprezy, i jak każdemu
studentowi – wiecznie brakuje mu pieniędzy. Angażuje się również w
różnego rodzaju akcje, organizuje manifestacje, po prostu prowadzi
typowe studenckie życie. W tle opowiadanej historii pobrzmiewają nawet
echa pomarańczowej rewolucji na Ukrainie czy też wiadomość o śmierci
Jana Pawła II. „Bimber” kończy się słowami, które w zasadzie mogłyby
być reprezentacyjne dla całego tomu, a nawet szerzej – słowami
kluczowymi dla całego pokolenia, urodzonego mniej więcej w latach 80.,
do którego przecież należy i autor (rocznik 1982), a nazywanego umownie
„pokoleniem JP2” – „jesteśmy pokoleniem Bimbru, prawie wszyscy urodzeni
w czasie stanu wojennego, w czasie reglamentacji tego, co tak przecież
ważne, w czasie braku wódki, dokładniej mówiąc w czasie, gdy połowa
Polaków pędziła bimber. Pokolenie substytutów. Na naszych oczach
komunizm najzwyczajniej w świecie zastąpiono kapitalizmem. Reksia
Kaczorem Donaldem, Szarika psem Beethovenem, rodzinę telewizyjną
Familiadą, przyjaciół znajomymi”. Głośno było ostatnio, zwłaszcza za
sprawą krakowskich „Tekstyliów”, o rocznikach 70., ale może najwyższa
pora ogłosić, że już roczniki 80. „zmieniają wartę”?
Po lekturze wszystkich dziesięciu opowiadań (miałabym zastrzeżenia do
kompozycji, moim zdaniem „Bimber” powinien zamykać książkę), można
stwierdzić, że Łukasz Stec dał się poznać jako prozaik wyczulony na
zabawy słowne. Lubi rozbijać utarte frazeologizmy i odwracać sens
przysłów, potrafi także grać brzmieniem wyrazów, na przykład w stylu
„nie było lamentów. Były alimenty”. I jest w tym dobry. Podobnie jak w
rozbudowanych zdaniach, długich, narracyjnych tekstach, pełnych
nawiązań i aluzji – im dłuższe opowiadanie, tym lepsze, i tym większa
przyjemność dla czytelników. Lekkość pióra, ironia i uszczypliwy dowcip
to główne atuty prozy Steca. Dlatego mam nadzieję, że autor „Bimbru”
nie przestanie pisać. Kto wie, może zaskoczy nas swoją powieścią? Na
razie – jak na debiut – wypadł całkiem nieźle.
Recenzja z dziennika
'Kurier Podlaski' (02.08.2007)
Zabawna książka, napisana doskonałym językiem. Autor nawiązuje
oszczędną formą do najlepszych tradycji krótkich form literackich.
Bohaterem jest uczestnik współczesnego młodego pokolenia. Przeżywany
przez niego świat jest odbierany surrealistycznie. Jest to obraz
codzienności i niecodzienności dwudziestokilkulatka konfrontujacego się
z ulicą i własną rodziną. Dryfuje on przez ulice śląskich miast,
pozostając zanurzonym we własnym świecie. Konfrontuje się z absurdem
otoczenia i własnym kacem. Jego rozrywką jest wyprowadzanie w pole
kontrolerów w autobusach oraz WKU, która ściga go za unikanie wojska.
Doskonała pozycja, warta pośwęcenia wakacyjnego czasu.
(MM)
Recenzja Natalii
Drozdalskiej z ProArte.net.pl
Cechą bimbru jest zróżnicowany skład. Podobno można
go pędzić nawet ze starych kaloszy. Kiedy jednak zaczynają się na niego
składać ludzie, zachowania, elementy rzeczywistości, krytyka zachowań,
prostactwa, ale także pojedyncze i odosobnione tragedie – sprawa staje
się dużo bardziej skomplikowana.
Gdyby Rafał Stec pędził swój bimber z przysłowiowych kaloszy, miałby
dużo prostsze zadanie, bowiem nie musiałby nikogo przekonywać do swoich
niewątpliwie posiadanych racji. Młody debiutant podejmuje się jednak
rzeczy niełatwej – konfrontując ze sobą często mało realistyczne,
surrealistyczne, pełne halucynacji, porwań, marzeń i porażek historie,
kreśli obraz młodego pokolenia, które nie ma szans odnalezienia się w
świecie.
Otrzymujemy od Steca dziesięć historii wyjętych jakby żywcem z
pamiętnika odurzonego studenta. Mamy tutaj wszystko – tajemnicze
akademie, libacje alkoholowe, halucynacje, niespodziewanych gości w
postaci Woody'ego Allena czy Boba Marley'a, młodzieńcze paranoje i
manie prześladowcze, podwójne tożsamości, od których nie sposób się
uwolnić, a nawet wpływy polityczne i świat mass mediów atakujący ze
wszystkich stron. W jednej historii widzimy młodego człowieka marzącego
o miłości życia czy beztroskie studenckie popołudnie, a po chwili
wchodzimy w środek rodzinnej tragedii, upokorzenia i zaszczucia przez
chorobliwie nienawistnych, szantażujących rodziców, aż do
ostateczności, kiedy pozostaje „zobaczyć siebie otwierającego okno,
siebie spoglądającego w dół, siebie wdrapującego się na parapet, siebie
zamykającego oczy, siebie odrywającego nogi od parapetu, siebie
lecącego z dziewiątego piętra”.
W swoje historie młody autor wprowadza nas językiem potoczystym i
potocznym, lekkim, pełnym neologizmów i regionalizmów. Umieszcza w
narracji najbardziej młodzieżowe zwroty, humor językowy, ale także
agresję i wulgarność, które wypływają z ust bohaterów. Jednak ani ta
agresja, ani wulgarność nie rażą. Przed oczami staje bowiem obraz
pewnego pokolenia – podobnie jak w Pokalaniu Piotra Czerwińskiego. Do
Czerwońskiego jednak Stecowi daleko.
W tytułowym opowiadaniu autor ukazuje nam to, co leży u podłoża
wszystkich dziesięciu mini-historii – obraz pokolenia '81, pokolenia
stanu wojennego, nieokreślonego, rozdartego między ideą papieża-Polaka
(„Daria się dziwi, że tylko jeden z nas jedzie a pogrzeb JP2”) a
opadającym dymem z papierosów. Pokolenia bimbru, wybuchowej mieszanki
charakterów i poglądów ludzkich, komunizmu i kapitalizmu. Pokolenia
tragicznego, a jednak takiego, któremu autor pozostawia nadzieję na
odrodzenie się. „Jesteśmy pokoleniem białych skrzydeł i gumowych
nietoperzy”, czyli już ani bierni, ani zbuntowani, a odnajdujący
miejsce pośrodku.
Można się zastanawiać, dlaczego Łukasz Stec rozbił swój obraz na
dziesięć pomniejszych historii, zamiast przedstawić go tylko w
tytułowym Bimbrze. Jeśli jednak spojrzeć z szerszej perspektywy, każde
z krótkich opowiadań stanowi zarówno autonomiczną jednostkę, jak i
część całości większej – aby otrzymać pełen obraz współczesnych
rozterek trzeba było odwołać się do różnych wpływów, w różny sposób –
od rodziny, przez telewizję, alkohol, młodzieńcze romanse, upadłe
ideały. Stec bardzo stara siępołączyć swoje historie. Nie do końca mu
to wychodzi, ale nie ze względu na brak umiejętności władania językiem
ani brak zmysłu obserwacji. Młody autor w bardzo wysokim stopniu
dysponuje zarówno zmysłem obserwatora, jak i biegłością pióra. Brakuje
jednak w jego książce jakiegoś clue. Tytułowe opowiadanie, mające być
punktem kulminacyjnym, rozmywa się i pozostajemy z obrazem pokolenia
niespełnionego oraz z poczuciem niespełnienia – że można tu było
napisać coś jeszcze.
|
|