Fragment opowiadania 'Butelki z benzyną (i
kamienie)'
Do pokoju wszedł
górnik. Ale żeby jeden. Takie rzeczy na jednym górniku się nie kończą.
Bo górnicy boją się jasności i w miejsca jasne chodzą wyłącznie w
grupie. Do tego biorą zawsze transparenty, więc mieli ze sobą
transparenty, do tego mają swoje orkiestry reprezentacyjne, więc mieli
ze sobą trąbkę, a co najgorsze, mają ze sobą petardy, więc petardy też
mieli. Wtargnęli mi po prostu do pokoju. Przez okno. A mówiłem wtedy
Tomiemu żebyśmy nie brali pokoju na parterze, mówiłem. To nie, że
fajnie - nisko i blisko. A teraz się patrzy na mnie ze zdziwieniem, bo
go nie było, bo sobie pojechał wtedy do tego swojego Zawiercia, a mnie
zostawił samego z górniczą demonstracją. A niby czemu żyrandol był
stłuczony jak wróciłeś? Transparentem zahaczył któryś z nich! Pamiętam
dokładnie. Transparent z napisem „Won, burżujscy studenci”. Nawet mi to
skandować zaczęli nad łóżkiem. Ale żeby tylko tyle, to bym leżał dalej
pod tą pościelą. Ale oni na tym nie poprzestali. Normalnie petardy mi
nawrzucali pod kołdrę! Ze dwudziestu dorosłych chłopów, ubranych nawet
w te swoje odświętne stroje z pióropuszami, najzwyczajniej w świecie,
za pomocą, jak by nie było, materiałów wybuchowych, wygnało mnie z
mojego łóżka, a ostatecznie z mojego, mojego i Tomiego wówczas, pokoju.
Najgorsze, że miałem na sobie tylko bokserki, do tego z dziurą na
tyłku, i co gorsza we wzorki z bohaterem czechosłowackiej bajki,
niejakim Krecikiem. Znienawidziłem je tamtego dnia, i to nie za tę
dziurę, ale za te głupie Kreciki, które przypominały mi górników,
którzy w czasie wolnym od demonstracji kopią przecież w ziemi. Jak te
Kreciki. W zaistniałej sytuacji pilnie potrzebowałem odzieży oraz osób
do pomocy przy usuwaniu szkód górniczych. Zastanawiając się, która z
tych dwu spraw jest priorytetowa, zapukałem do drzwi najbliższego
pokoju należącego do reprezentantów płci męskiej. Zważając na moje
dziurawe gacie pomyślałem, że na szczęście ten podobny do szpitalnego
korytarz akademika zaludniony bywa tylko nocami i późnym wieczorem.
Nagle usłyszałem zza drzwi okrzyk, komendę taką właściwie. „Wejść!”.
Zupełnie mi ona nie pasowała do osób zamieszkujących tamtejszy pokój.
Ale wszedłem. W pokoju znajdowało się kilku osobników płci męskiej, o
charakterystycznych fryzurach, których najzwyczajniej w świecie
brakowało, w czarnych, skórzanych butach, dżinsowych spodniach tego
samego koloru, oraz koszulkach, których dolne krańce były skrzętnie
ukryte we wspomnianych spodniach. Koszulki czarne były, rzecz jasna.
Kto
ty?! – wykrzyknął w moim kierunku jeden z chłopaków.
Kolega – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Czyj?! – drążył temat mój wyłysiały rozmówca.
Wojtka – wymieniłem jedno z imion mieszkańców tego pokoju.
Nazwisko! – nie dawał za wygraną.
Czyje? - tym razem ja zadałem pytanie.
Kolegi – odpowiedział z wielką powagą.
Potocki – przypomniałem sobie po chwili namysłu.
Gówno prawda! – zaskoczył mnie trochę.
Nie rozumiem... – nie rozumiałem.
Zmienił sobie! – wyjaśnił mi sprawę.
Nie wiedziałem – bo nie wiedziałem.
I co teraz, panie Majewski? – zaskoczył mnie znajomością mnie samego.
Muszę górników usunąć z pokoju – wyjaśniłem sytuację, w której się
znalazłem.
Panie Majewski –
zaczął dłuższą wypowiedź – zdaje pan sobie sprawę z własnego położenia?
Jest pan przyjacielem Żyda, który zakamuflował się pod szlacheckim
nazwiskiem i z pewnością knuje tutaj jakieś międzynarodowe spiski.
Znajdujemy się w tej chwili w siedzibie loży, do której pan, panie
Majewski, przychodzi niemal całkiem nago. Mamy więc tutaj do czynienia
z powiązaniami żydowsko – gejowskimi!
Fragment opowiadania
'Lokator'
Wstałbyś już! Siódma
godzina, spóźnisz się znowu, śniadania nie zjesz...
Byłem
pewien, że zostawiłem włączony telewizor i słyszę poranną powtórkę
jakiejś telenoweli. Albo że to głos zza ściany. Podniosłem głowę i
zobaczyłem jego. Siedział sobie wygodnie w krześle, nawet na mnie nie
patrząc, spokojnie sączył sobie kawę i przeglądał „Gazetę Wyborczą”.
Kim
pan jest? – krzyknąłem przerażony.
Lokatorem
– odpowiedział spokojnie i wbił wzrok w ostatnią stronę gazety.
He,
he, Legia ze Stalą Sanok przegrała – zaczął się śmiać.
Proszę
stąd wyjść – powiedziałem stanowczo, lecz kulturalnie.
Wyluzuj
i lepiej zrób sobie śniadanie do pracy. Chyba, że znowu chcesz cały
dzień jechać na batonikach...
Wstałem
z łóżka i podszedłem do niego. Dopiero z bliska zauważyłem, że ma
bardzo pospolitą twarz, że cały jest jakiś taki przeciętny,
statystyczny. Lekko po trzydziestce, ani gruby, ani chudy, raczej
brunet, żadnych znaków charakterystycznych. Ubrany w dżinsy i sweter z
bazaru.
Uderzyłem
go pięścią w twarz. Nawet nie oderwał wzroku od gazety.
Ciekawe
co to będzie z tym Beenhakkerem... – powiedział raczej sam do siebie.
Chwyciłem
za jego bazarkowy sweter i próbowałem go podnieść, aby następnie
najzwyczajniej w świecie wyrzucić za drzwi. Okazał się dużo cięższy niż
mogłem przypuszczać, więc musiałem zrezygnować z tego rozwiązania.
Poszedłem do kuchni. On w tym czasie zaczął czytać „Życie na gorąco”.
Ciekawe
czy ten drugi bliźniak też wygra „Taniec z gwiazdami” – powiedział w
moją stronę.
Potrzebowałem
jakiegoś dużego noża...
Szukasz
noża? – zapytał – Nie znajdziesz...
Poszedłem
po telefon komórkowy i wybrałem numer policji. Zajęty. Spróbowałem
jeszcze trzy razy, ale ciągle słyszałem tylko informacje o zajętej
linii.
Słuchaj,
koleś, wynosisz się stąd albo cię stąd wyniesie policja – powiedziałem
kierując w jego stronę palec wskazujący.
Weź
się lepiej ubierz, a nie odstawiaj mi tutaj kabaretu...
Rzeczywiście
trochę głupio mogłem wyglądać grożąc mu w samych bokserkach. Otworzyłem
szafę i wyciągnąłem pierwsze lepsze spodnie, jakąś koszulkę i
skarpetki. Ubrałem to wszystko dosyć szybko, po czym dostrzegłem jego
potępiające spojrzenie.
O
co ci chodzi? – zapytałem.
Nie,
nic...
Jak
nic, jak widzę, że coś.
Nic
takiego.
Słuchaj,
człowieku – krzyknąłem – powiedz o co ci chodzi! I tak w ogóle kim ty
jesteś? Skąd się wziąłeś w moim mieszkaniu? I czego ty, do cholery,
chcesz?
Założyłeś
koszulkę na lewą stronę – odpowiedział spokojnie.
Spojrzałem
na siebie. Faktycznie była na lewej stronie. Jak to możliwe? Zdjąłem ją
z siebie i założyłem ponownie, tym razem poprawnie. Zadzwoniłem jeszcze
raz na policję, ale znowu nikt nie odbierał. Ubrałem buty i wyszedłem z
domu, zostawiając otwarte drzwi. Zapukałem do sąsiada z naprzeciwka.
Sąsiad Staszek pracował jako ochroniarz, był dosyć potężny i przede
wszystkim miał wąsa, co mogło być kluczowe dla całej sytuacji. Ja wąsa
nie miałem i w niektórych sytuacjach było mi z tego powodu przykro.
Staszek
otworzył drzwi.
Panie
Stasiu, ja tutaj z naprzeciwka jestem – przedstawiłem się na wszelki
wypadek.
Taa...
– sąsiad dał wyraźny sygnał, że mogę kontynuować.
Mam
włamywacza w mieszkaniu – wyjaśniłem.
Sąsiad
– ochroniarz Staszek zareagował tak jak każdy sąsiad – ochroniarz
powinien zareagować, jak zareagować powinien każdy prawdziwy mężczyzna.
Najpierw w oczach pojawił mu się przysłowiowy błysk, a następnie
pojawiła się w dłoniach pałka wielofunkcyjna.
Sąsiad
Staszek profesjonalnie przekroczył próg mieszkania, zapytał wzrokiem
dokąd ma się kierować, na co ja wzrokiem odpowiedziałem mu, że przed
siebie. Kiedy znalazł się już w pokoju jego wyraz twarzy przedstawiał
wyłącznie zdziwienie.
Gdzie
on jest? – zapytał sąsiad – ochroniarz.
I w
tym momencie nie wiedziałem czy to jakiś kolejny żart czy co, bo
włamywacz siedział sobie dokładnie na tym samym krześle, nie czytał już
co prawda żadnej gazety, ale palił za to papierosa.
To
on! – krzyknąłem wskazując na nieproszonego gościa.
Sąsiad
Staszek wbił wzrok w ścianę, potem przyjrzał się dokładnie krzesłu, aż
w końcu opuścił swoją pałkę wielofunkcyjną, która wcześniej przez cały
czas była w gotowości.
Koleś,
nie wiem co ty bierzesz, ale lepiej przestań – powiedział mi sąsiad, po
czym opuścił mieszkanie.
To
jakiś spisek! – krzyknąłem.
Z
takim podejściem może zostaniesz kiedyś prezydentem – zwrócił mi uwagę
intruz.
Usiadłem
zmęczony na krześle zaraz obok niego i wyciągnąłem papierosa. Zacząłem
szukać zapalniczki. Po chwili zobaczyłem ją zapaloną, skierowaną w moją
stronę, w jego dłoni.
Kim
ty właściwie jesteś? – zapytałem.
Cieszę
się, że przeszliśmy na ty. Jak już mówiłem, jestem lokatorem. Kupiłeś
mieszkanie lokatorskie. Takie mieszkanie ma to do siebie, że w pakiecie
zawiera lokatora. Czyli mnie. Wszelkie próby wyrzucenia mnie stąd są
skazane na niepowodzenie. Nawet gdybyś zdecydował się wyprowadzić, nie
pozbędziesz się mnie. Co najwyżej pojawię się w twoim nowym miejscu pod
nieco zmienioną postacią. Mogę na przykład mieć wąsa.
Fragment opowiadania
'Rodzinada'
Ojciec zawsze powtarzał, żeby się siedem razy
rozejrzeć na przejściu. Bo siedem to boska liczba, a jemu do Boga
blisko było. Parafianin był z niego czołowy – na pewno plasował się w
pierwszej siódemce. Na półce nad łóżkiem miał ustawioną drużynę krzyży,
caritasowych świeczek i oświęconych obrazków. I brygadę Boskich Matek –
od częstochowskich, przez kałkowskie, po jakieś obce, fatimskie. Ludzie
miewają wiele dzieci, bogowie wiele matek.
Wieczorami klękał przed radyjoodbiornikiem i już wiedział co się w
świecie święci. Którzy nasi, którzy przeklęci. Kiedyś nawet chciał
zadzwonić i przelać na radiosłuchaczy swoje wzburzenie na polskie
szkolnictwo. Że propaguje satanizm. Bo jak to może być, że w katolickim
kraju dzieci muszą czytać książkę pod tytułem „Szatan z siódmej
klasy”?!
Ale zamiast wzburzenia przelał odpowiednią sumę na odpowiednie konto.
Pieniędzy było chyba więcej niż chęci do debaty, przynajmniej tych na
cele zaszczytne. Interes z motelem „Pod Orłem Białym” kręcił się
całkiem nieźle to i przelewki mogły mieć miejsce. Warto było stać się
ulubieńcem wujka z Ameryki, mimo że widziało się go tylko kilka razy na
jakichś rodzinnych posiedzeniach, w dodatku kiedy miało się kilkanaście
lat. Później tylko kartki na święta do New Yorku i prezenty w drugą
stronę. Bo wujaszek pamiętał, oj, dobrze musiał pamiętać twojego
tatusia. Skoro jako jedynego zapisał go w swoim testamencie... Niby
konkurencja za oceanem była żadna, bo mieszkał tam sam, całymi dniami
poświęcając się pracy w swoim salonie fryzjerskim, ale z drugiej strony
było przecież trochę kandydatów do dolarów w Polandzie. Twoja ciocia i
część dalszej rodziny musieli już całe życie nosić ten krzyż
pominięcia.
Ojciec zarabiał pieniądze, matka je wydawała. Z początku słabiutko jej
to szło i miało się wrażenie, że jakoś nie potrafi nadążyć, ale jak już
odkryła świat solariów, jacuzzi i fitness-clubów – poczuła się znacznie
lepiej niż przeciętna kura domowa. Ojciec raz ją nawet zatrudnił. Raz
ją też zwolnił. Jakoś się skończył dzień kobiet i stwierdził, że
recepcjonistką nie może być prosta baba ze wsi. W dodatku spod jakiejś
Kolbuszowej. Ale matka taka głupia nie była, to i otworzyła sobie
butik.
„Synek, ja ci godom – goroli ty nie suchej. I Żydów!” – mawiał ci
czasami szwagier ojca okrutnie go przy tym irytując. Co do największych
spiskowców w historii ludzkości dogadywali się wyśmienicie, ale
martyrologiczno - separacyjny obraz Śląska kłócił się bardzo z
jednościową wizją Matki Polski, jaką ukochał sobie twój stary.
„Orzeł Biały” tak jak niespodziewanie wykluł się na początku lat
dziewięćdziesiątych, tak też niespodziewanie rozmnożył się dekadę
później. Któregoś pięknego dnia ojciec pojechał na konferencję
zatytułowaną „Skuteczne hotelarstwo i motelarstwo w perspektywie
wstąpienia do Unii Europejskiej. Jak się bronić? Jak atakować?”. I
został zaatakowany. Czarem pani Irenki. Nie tylko przytakiwała i
zamartwiała się jak twoja matka, kiedy ojciec mówił o kwestiach ważnych
dla tego kraju i narodu, ona sama wiedziała kto Polskę okrada i kto
sponiewiera zagubionych rodaków. Brała do tego udział w pierwszych
rozgrywkach ligi Polskich Narodzin. Tak narodziło się w głowie twojego
staruszka zwątpienie, które szybko przemieniło się w pewność,
przemieniło się w miłość do tego niesamowitego 55-letniego ciała, do
jego miękkości i obfitości, do tych przeuroczych blondwłosów, które
trzeba było darzyć szczególną opieką, jak każdą inną mniejszość, do
tych kurzych łapek, które przez tyle lat żłobione były przez łzy
samotności. I do hotelu „Roman”, odziedziczonego przez panią Irenkę po
ojcu, a który już wkrótce po tej romantycznej konferencji spółkował z
„Orłem Białym” i syczał chyba przy tym, zamiast wzdychać, bo zrodził
się z tego spotkania hotel „Romans”. Ot, taki romantyczny zrobił się
staruszek przeżywając kryzys wieku średniego. Któregoś wieczoru, gdy
skończył brać prysznic („Prysznic bierz, jak ci dany jest! Bo to
oszczędność, a oszczędność to przedsiębiorczość, a przedsiębiorczość to
sztuka!”) najzwyczajniej w świecie oznajmił matce, że ma romans.
Wkrótce się okazało, że nie tylko romans, ale i „Romans”. Kilka godzin
po swoim zwięzłym oświadczeniu znalazł na stole oświadczenie równie
treściwe. Majątkowe. Z dokładną liczbą, dokładnie szminką napisaną. Nie
było lamentów, były alimenty.
|